oprogramowanie komputerowe arisco reklama: PRODUCENT OBUWIA PROFILAKTYCZNEGO WAŁĘSA & PALUCH s.c.

Domy Prawo O DPS, Kontakt

Niemcy: Opiekunka z Polski to żyła złota

wstecz

(aut. Joanna Pszon - Gazeta Wyborcza 23.03.2008; dps.pl 26.03.2008)

 

Pracujące w Niemczech polskie opiekunki koniecznie powinny założyć związek zawodowy. Bo są notorycznie wykorzystywane, wręcz okradane - grzmi Werner Huptas, Niemiec spod Sttutgartu, którego rodzina wywodzi się z Raciborza.

W Niemczech aż dwa miliony osób starszych wymaga opieki. To ogromny rynek pracy. Szczególnie kuszący dla polskich kobiet, dla których zarobek ponad tysiąc euro miesięcznie plus dach nad głową i wyżywienie to niezły grosz.

Z kolei niemieckie rodziny bardzo chętnie Polki zatrudniają, bo płacą im kilkakrotnie mniej niż opiekunce niemieckiej, która policzy sobie za tę samą pracę 4-5 tys., a czasami nawet 6 tysięcy.

To także łakomy kąsek dla pojawiających się firm pośredniczących. - I coraz częściej dochodzi do nadużyć ze strony pośredników wykorzystujących niewiedzę albo brak znajomości niemieckiego polskich kobiet - alarmuje Werner Huptas, doradca ds. opiekuńczo-pielęgnacyjnych UE. Przyznaje, że on również znajduje rodzinom niemieckim opiekunki z Polski, więc jest dla polskich pośredników konkurencją. Zaznacza jednak, że zajął się doradzaniem polskim pracownicom, bo jest święcie przekonany, że ciężko pracującym Polkom dzieje się krzywda.

Ten 52-letni pan w charakterystycznej bawarskiej marynarce co rusz ze swej opasłej teczki wyciąga dokument za dokumentem.

- Obiecują tym kobietom płacenie za nie podatków, a potem tego nie robią, chociaż każą sobie płacić za prowadzenie księgowości. Fikcyjnie je meldują, ściągają od rodzin miesięczne opłaty za usługi, a pieniądze te tak naprawdę powinna dostać opiekunka. Bywa, że jedna opiekunka zajmuje się dwojgiem chorych, a płacone ma jak za jedną osobę. Pozostawiają je samym sobie, byle zbijać na nich kasę - wyrzuca Huptas jednym tchem. - Niech pani napisze, żeby te polskie panie nie dawały się tak wykorzystywać - prosi przejętym głosem.

Polki haracz muszą płacić

Nim Polska weszła do UE, to monopol na pośredniczenie w usługach takich jak opieka nad starszymi i już nie w pełni sprawnymi ludźmi miał w Niemczech tamtejszy urząd pracy. Odkąd rynek się otworzył, chętnie wkraczają prywatni pośrednicy. Jednak - zdaniem Huptasa - mając nieposkromione apetyty na szybkie zdobycie pieniędzy, wykorzystując niewiedzę Polek i ich brak znajomości języka, wyciągają od nich krocie euro.

Schemat działania jest następujący; kobieta z Polski znajduje pośrednika w internecie lub jakieś gazecie. Zaproszona przez niego jedzie do Niemiec bez żadnych umów i formalności. Na miejscu namawiają ją do założenia działalności gospodarczej, bo to się jej bardziej opłaci. - Na początek oferują fikcyjną siedzibę konieczną do założenia firmy. A to już jest złamanie prawa i praca na czarno, o czym te panie nie wiedzą - mówi Huptas, który wiedzę swą czerpie nie tylko z relacji oszukanych Polek, ale także z doniesień niemieckiej prasy.

Inna forma "opieki" nad opiekunką to podsunięcie jej biura, które ma za nią prowadzić rachunkowość. Musi za to płacić 25-100 euro miesięcznie. Do tego wylicza się jej czynsz za wynajem biura, bo przecież jako firma musi mieć gdzieś siedzibę, a to już kolejne np. 50 euro, choć ceny są naprawdę różne. - Kiedy już podpisze te dokumenty, jest przekonana, że wszystko ma załatwione, opłacone i że pracuje legalnie. Do czasu, kiedy po kilku miesiącach lub latach nie dostanie wezwania od fiskusa, że zalega z podatkami. Wtedy zaczyna się płacz i szukanie pomocy, bo czuje się oszukana - opowiada Huptas.

- Inne muszą płacić comiesięczny haracz i jeszcze zobowiązują się w umowie, że będą cicho siedziały, bo inaczej czeka je wysoka kara finansowa od 5 do 10 tys. euro - pokazuje umowę jednego z polskich pośredników, w której czytamy, że za zdradzenie tajemnic spółki grożą tak wysokie kary. - To układy mafijne - rzuca Huptas.

Bogacą się na was

Pojechaliśmy do Stuttgartu na spotkanie z kilkoma paniami, które czują się oszukiwane przez pośrednika i szukając pomocy, trafiły do Huptasa. Spotykamy się z nimi w Niemczech, z zachowaniem ostrożności niemal konspiracyjnej. By czasami pośrednik się nie dowiedział, że rozmawiają z dziennikarką. Zanim zaczniemy rozmowę, musimy zagwarantować, że nie podamy ich danych.

Opiekunka ze Śląska pośrednika znalazła w Bydgoszczy. Miała podpisaną umowę, umówioną rodzinę, u której konkretnego dnia miała się stawić. Na dworcu odebrał ją szwagier chorej osoby i poszła do pracy. - Trzy miesiące tam byłam i w tym czasie nikt się mną nie zainteresował, nikt nie spytał, jakie mam warunki, czy wszystko jest w porządku, ale za to 100 euro co miesiąc płacić musiałam. Że niby to za znalezienie rodziny, za przygotowanie umowy, przetłumaczenie jej, pomoc językową czy zorganizowanie podróży. Czyli tak naprawdę za nic, bo niczego mi tłumaczyć nie trzeba było. Pośrednik powiedział, że wszyscy tyle biorą, a ja teraz wiem, że zwyczajny haracz płaciłam - mówi "Gazecie" i prosi o zachowanie jej personaliów do wiadomości redakcji, bo nie chce płacić wysokiej kary.

W Polsce była inspektorem celnym, więc prawo nie jest jej obce. - Dowiedziałam się, że pośrednik łamał prawo, pozwalając, bym pracowała cały rok u jednej rodziny. Tymczasem mając swoją firmę w Polsce, można u jednego pracodawcy być tylko trzy miesiące. Więc - jak się okazało - co trzy miesiące podpisywał umowę z innym członkiem tej rodziny. Gdyby ktoś na to wpadł, to ja miałabym kłopoty - zauważa.

Nie może się pogodzić, że pośrednik brał także od rodziny, którą się opiekowała prawie 300 euro miesięcznie za to, że ona u nich pracowała. - Też nie wiem za co? Ja miałam od 1050 do 1150 euro, ale przecież taka opieka to bardzo odpowiedzialna praca, całodobowa, więc nie były to wygórowane zarobki. A gdy chciałam porozumieć się sama z tą rodziną, by zarobić więcej, okazało się, że w myśl umowy grozi nam sąd i kara 3,5 tys. euro za "nieuczciwą konkurencję" - opowiada.

O tym, że pośrednik pobiera od rodzin stałą miesięczną opłatę w wysokości ok. 300-350 euro dowiedziały się od Huptasa też dwie inne opiekunki, które znalazły pracę dzięki pośrednictwu firmy z Opolszczyzny. - Skąd miałyśmy o tym wiedzieć? - pytają i słuchają Huptasa przekonującego je, że te miesięczne opłaty to skandal. - Bo te pieniądze powinnyście wy dostać, ciężko na to pracujecie, a nie firma, która już za skojarzenie was z rodziną otrzymała 900 euro. Już mają z tego niezły zarobek, to wystarczy. Ale są pazerni. Przecież w ten sposób bogacą się, okradając was! Powinnyście zarabiać co najmniej 1600 euro - zaznacza.

A skąd Huptas wie o comiesięcznym odstępnym, skoro opiekunki nie zdawały sobie sprawy z ustaleń między rodzinami a pośrednikiem? - Zadzwoniłem jako zainteresowany do pośrednika i dostałem wzór umowy. Tam jest czarno na białym, ile muszę dać jednorazowo i ile płacić miesięcznie - Huptas wyciąga kolejne dokumenty i rozkłada na stole.

Obie panie są z dużych miast. Obie ofertę znalazły w internecie.

Starsza z nich, kobieta konkretna, zaradna, świetnie gotująca swej starszej pani, przyjechała do Niemiec kilka tygodni temu, bo chce pomóc dzieciom finansowo, by mogły studiować. Jedynie słaba znajomość języka niemieckiego wywołuje u niej lekkie zagubienie. To właśnie wykorzystał pośrednik i "pomógł" jej w założeniu własnej działalności gospodarczej, meldując firmę w swej siedzibie w Berlinie. Nie była też zameldowana tam, gdzie aktualnie przebywała. - Powinna pani to zmienić, bo pracuje na czarno - zauważył od razu Huptas. Za jego poradą już następnego dnia opiekunka zameldowała się u rodziny, u której zajmuje się osobą starszą.

Druga od wielu miesięcy nie może się doprosić swego numeru identyfikacji podatkowej, który miał jej założyć podsunięty przez pośrednika księgowy. - Rok mija, a ja wciąż go nie mam - żali się. - I za co im płaciłam, za jaką rachunkowość?

Teraz sama zajmuje się swymi sprawami, a czasem pomaga jej Huptas, który kiedy pośredniczy, nie bierze miesięcznych opłat. - Teraz mam 1600 euro miesięcznie, czyli kilkaset więcej, niż wcześniej - zdradza nam zadowolona opiekunka.

Rodak tak rodaka?

- I to jest minimum, jakie panie z Polski powinny mieć. Stawki idą w Niemczech do góry, bo inflacja rośnie, życie drożeje, euro spada. Te kobiety mało zarabiając, tracą motywację, bo nie są doceniane - podkreśla Huptas. - Bo gdzie moralność w tej chęci szybkiego zarobku kosztem tych kobiet? Ja nie rozumiem, jak rodak rodaka może okradać!

Huptas więc biega i w Niemczech, i w Polsce po różnych instytucjach, by opowiedzieć organom ścigania o niektórych nieuczciwych firmach pośredniczących. W Niemczech już im się baczniej przyglądają. U nas był w PIP, skarbówce i tematem urzędy zainteresował.

Doradca stara się zdobywać zaufanie zwracających się do niego kobiet. - Obiecuję im dyskrecję, mówię żeby zadzwonić, spotkać się, patrzę, czy rzeczywiście coś nie gra. Doradzam im, jak pracować, wyjaśniam im przepisy unijne, dzięki czemu wiedzą, co mogą robić, czego mają żądać. A jeśli widzę, że są ewidentnie oszukiwane, mówię, by jak najszybciej się od tej firmy uwolniły i poszukały uczciwej u wskazanych przeze mnie rodzin - stwierdza.

- Ma więc pan z tego niezłe pieniądze - mówię mu, ale on podkreśla, że pomaga kobietom oczywiście za darmo. - Nie biorę od nich zupełnie nic. Płacą mi Niemcy, którzy szukają legalnie pracujących i sprawdzonych opiekunek.

Kiedy coraz więcej kobiet zaczęło się do niego zwracać, wpadł na pomysł, by założyć stowarzyszenie lub związek zawodowy opiekunek z Polski. - Aby się wzajemnie wspierać, pomagać sobie, uświadamiać i nie dać się wykorzystywać łapczywym pośrednikom - zapowiada.

Walczymy z robotą na czarno

Grzegorz Kalla, szef firmy pośredniczącej GKT ze Strzelec Opolskich, nie wierzy jednak w li tylko dobre intencje Huptasa. Uważa, że pomysł ze stowarzyszeniem to tylko chwyt, by znajdować i przejmować polskie opiekunki, które są w cenie, a których wciąż na rynku brakuje.

Dlatego jego firma zamierza z kolei w Polsce otworzyć szkołę opiekunek. - I też myślimy o jakimś stowarzyszeniu dla nich. Na razie jednoczymy firmy pośredniczące. Kalla, owszem, słyszał o wielu nieuczciwych praktykach pośredników pozostawiających same sobie kobiety, wykorzystujących ich naiwność poprzez chytrze skonstruowane umowy i wielu innych przypadkach. Ale sam sobie nie ma nic do zarzucenia.

- Caritas niemiecki nawet nas poleca. Bo u nas kobiety wyjeżdżają z umową, wiedzą jak najwięcej o chorym, którym będą się opiekować. Pomagamy im założyć firmę - wylicza Kalla i przyznaje, że meldunek mają wszystkie w jednej siedzibie biura rachunkowego, ale to nie jest złamanie prawa.Przyznaje, że co miesiąc pobiera od rodzin polskich opiekunek 300 euro miesięcznie. Kiedy pytamy, czy nie zabiera w ten sposób zarobku opiekunce stwierdza: - A z czego ma się firma utrzymywać?

GKT na dziś ma 400 opiekunek.

Kalla zdradza, że jest czarna lista pań, które są wiecznie niezadowolone. - Bo zawsze się ktoś taki znajdzie i pewnie stąd te negatywne głosy - mówi, dodając, że na czarnej liście są też i kobiety, które piły w pracy, okradały swe rodziny lub się prostytuowały, a najwięcej takich, które chciały pracować na czarno. - Tymczasem my z tym walczymy - mówi Kalla. Wtóruje mu Dorota Lewandowska z GKT Poznań: - Mamy misję walki z wykorzystywaniem osób pracujących na czarno (wg szacunków niemieckiego Arbeitsamtu w Niemczech pracuje tak w opiece nad osobami starszymi od 80 do 100 tys. osób z Polski!), a tym samym chcemy zdjąć z naszej branży odium współczesnego niewolnictwa.

- Ależ ja robię to samo, więc dalej uważam, że stowarzyszenie dla opiekunek, które zakładam, będzie do tego najlepsze - nie poddaje się Huptas.