oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

(aut. Małgorzata Zubik - Gazeta Wyborcza 26.01.2007; dps.pl 2.02.2007)

 

On o kulach, ona na wózku - rzucają rękawicę bankom, sądom, instytucjom państwowym. Będą namolni i konsekwentni, dopóki nie wejdą, gdzie chcą

Od prezesa Narodowego Banku Polskiego żądają pokornych przeprosin. Od Narodowego Funduszu Zdrowia - pieniędzy na prywatne leczenie zębów. Od Państwowej Komisji Wyborczej - swobodnego dostępu do urny. Od policjantów - żeby nie stawiali radiowozów na kopertach dla niepełnosprawnych. Od Polski - żeby karała za dyskryminację osób niepełnosprawnych.

- Wszyscy traktują nas jak wariatów - mówi Roman Stefański, a jego siostra Jolanta się dziwi: - Przecież nie chcemy niczego ekstra.

Jolanta i Roman

Roman, który chodzi o kulach, wyciąga z samochodu zakupy. Cięższe rzeczy kładzie siostrze na kolana, żeby zawiozła je do kuchni. Jolanta cierpi na zanik mięśni i porusza się na wózku. Obydwoje są po pięćdziesiątce i mieszkają z mamą. Starsza pani sama potrzebuje wsparcia. Otwierają drzwi. W parterowym domu na obrzeżach Warszawy jest dużo książek i segregatorów z papierami. Nie ma progów. Od frontu podjazd. Wjazd do automatycznie otwieranego garażu i wejście do domu są na jednym poziomie. W ogrodzeniu założona brama automatyczna.

Roman porusza się wyłącznie o kulach, stale w obuwiu ortopedycznym. Jolanta - tylko na wózku. Ma dwa elektryczne. Są nienowe, gdy jeden ma awarię, drugi działa. Ma elektryczny podnośnik wannowy, łóżko z pilotem, które pomaga usiąść i stanąć na nogi. W domu nie ma dla niej barier, choć ma zakaz zbliżania się do kuchni, żeby nie wylała na siebie wrzątku. Gotuje i pierze brat.

Roman z wykształcenia jest inżynierem, specjalistą od energetyki jądrowej. Robił m.in. obliczenia dla projektowanej elektrowni atomowej w Żarnowcu. Potem zajął się dziennikarstwem. Pisał o motoryzacji. Parę lat temu zrezygnował z zawodu, żeby zająć się siostrą.

Stefańscy żyją bardzo skromnie. Odmawiają sobie wielu rzeczy, żeby mieć na papier, faksy, listy. - Od kilku lat nie kupujemy ubrań - mówi Jolanta. - Najcieńszy list polecony za potwierdzeniem odbioru kosztuje 5,45 zł. A najmarniejsza porada prawna 300 zł. Nie stać nas, więc z konieczności sam zgłębiam kodeksy.

Mają całe tomy papierów. Niemal całe ich życie podporządkowane jest batalii.

Dentysta dostępny inaczej

Walka na ostro zaczęła się od zębów. Bolały. Stefańscy już wcześniej prosili o wskazanie dostępnych gabinetów. Kasa Chorych (jeszcze nie było Narodowego Funduszu Zdrowia) przysłała listę wszystkich, jakie są.

- Jak zaczęliśmy dzwonić, personel łapał się za głowę. Mówili, że są schody, że wózkiem nie da się wjechać - opowiadają.

Dlatego, kiedy zęby zaczęły boleć, razem z bratem leczyli je prywatnie i płacili za to z własnej kieszeni. - Chore zęby to nie grypa. Nie wystarczy herbata z sokiem malinowym - tłumaczą.

Skoro płacą składki na ubezpieczenie zdrowotne, a z dentysty skorzystać nie mogą, pomyśleli, że zażądają zwrotu pieniędzy. Kasa nie chciała ich oddać. Złożyli więc pozew do sądu. Sprawa ciągnie się już ponad cztery lata. NFZ twierdził, że powinni sami znaleźć dostępną placówkę. Stefańscy: - To nie jest nasz obowiązek. Dlaczego mamy dzwonić po wszystkich gabinetach i pytać?

Podpierają się konstytucją. Sądowi cytują art. 31 ust.2: "Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje". Tłumaczą: Skoro nigdzie w przepisach nie znaleźli obowiązku szukania gabinetów bez barier, to nie zmusi ich do tego żadna kasa ani fundusz.

- Jest gabinet niedaleko domu. Mogę tam pojechać sama, na wózku, ale przychodnia nie jest dostosowana dla niepełnosprawnych - opowiada Jolanta.

NFZ twierdził co innego. Podał w końcu dwa adresy przychodni w rejonie, które uznał za dostępne. Biegły sądowy, który na potrzeby procesu przed miesiącem zbadał dwie przychodnie w dzielnicy Stefańskich, ma zupełnie inne zdanie. W opinii dla sądu napisał, że poradnie stomatologiczne nie spełniały wymogów technicznych ani wtedy, gdy Jolanta i Roman leczyli zęby prywatnie, ani nie spełniają ich teraz. Dlatego osoby niepełnosprawne nie mogą z nich korzystać bez pomocy.

Kolejna rozprawa w zębowej sprawie odbyła się w zeszłym tygodniu. Następna ma być w kwietniu.

Sąd: dwóch osiłków i drabina

Z samym sądem Stefańscy też mają kłopot. Dotarcie do głównego wejścia od strony alei oznacza pokonanie piętnastu stopni. Ciężko jest starszym osobom podpierającym się jedną kulą. Dla wózka to bariera nie do przebycia.

Jolanta bierze ze sobą miejskiego asystenta osób niepełnosprawnych. Razem z wartownikiem sądowym wnosi ją z wózkiem po schodach. Z ciężkim elektrycznym wózkiem to już nie lada wyczyn. Potem próbują przepchnąć wózek przez drzwi. Za wąskie. Trzeba otworzyć drugie skrzydło. Nie można. Panowie lecą po drabinę i narzędzia. Pouczają, że do sądu to trzeba przyjść o godzinę wcześniej.

Kłopoty nie kończą się na wejściu. Jest też problem z dostępem do akt, które można przeglądać w sekretariatach sądu. W jednym z nich osoba na wózku ladę ma na wysokości czubka głowy. W innym - wózek z Jolantą i Roman na kulach tarasują ciasne przejście.

Do przepychanek na pisma z sądem zdążyli się już przyzwyczaić. Przez cztery lata urosła sterta pism do prezesa sądu, odpowiedzi i wyjaśnień.

"Nasze prawa i wolności nie są łamane tylko wtedy, gdy nie opuszczamy naszego domu i nie próbujemy uczestniczyć w życiu społecznym" - napisali w ostatnim piśmie do Rzecznika Praw Obywatelskich. Chcą, by rzecznik zajął się sprawą sądu.

Referat prasowy sądu okręgowego informuje, że budynek przy al. "Solidarności" będzie dostępny dla osób niepełnosprawnych pod koniec 2008 r. Będą windy. Prace mają się zacząć w marcu.

Bank: demonstrowanie niedołęstwa

Pięć lat temu Stefańscy rzucili rękawicę Leszkowi Balcerowiczowi, wówczas jeszcze prezesowi Narodowego Banku Polskiego. Ten proces to ewenement.

Wtedy w gmachu centrali NBP na pl. Powstańców Warszawy mieli jeszcze konta.

Pozwali prezesa do sądu z powodu 17 stopni. Tyle dzieli chodnik od holu z okienkami. Przed sądem domagali się, żeby prezes NBP pokornie przeprosił wszystkie osoby niepełnosprawne za to, że nie umożliwiał im równoprawnego z innymi obywatelami dostępu do obiektu, i żeby przyrzekł, że w Europejskim Roku Osób Niepełnosprawnych w pełni dostosuje wszystkie obiekty i ich otoczenie, a także żeby wypłacił im 100 tys. zł odszkodowania. Za zmuszanie do permanentnego i publicznego demonstrowania ich niedołęstwa.

- Zimą przewracałem się na tych stopniach - opowiada Roman. - Dopiero kilka miesięcy od momentu, kiedy zaczął się proces, zamontowali windę.

NBP tłumaczy, że już osiem lat temu bank zlecił opracowanie programu kompleksowej adaptacji wybranych budynków centrali, że stopniowo pojawiają się nowe sprzęty - platformy, pochylnie, dostosowane dla niepełnosprawnych toalety.

Stefańscy proces w pierwszej instancji przegrali. - Zaraz po wyroku postanowiliśmy wybrać się do NBP po numizmaty. Nigdzie indziej w Warszawie nie można było ich kupić. Ale po numizmaty trzeba wejść na antresolę. Ze 40 schodów. Usłyszeliśmy, że straż bankowa nam nie pomoże, bo nie jest od tego.

Napisali apelację: Centrala dalej jest niedostępna. Dowodzą też, że niedostępna była wtedy, gdy składali pozew do sądu. NBP: Winda na antresolę jest w planach po 2009 r.

Ostatnio dostali informację, że mają zapłacić bankowi 3,8 tys. zł kosztów postępowania sądowego za pierwszą instancję. - Czujemy się ukarani - mówią.

Wybory: może wniosą ochotnicy

Przy pierwszej turze wyborów na prezydenta stolicy Jolanta "robi cyrk". Gdy wychodzi z domu, by zagłosować na prezydenta Warszawy, jest przekonana, że bez problemu wjedzie wózkiem, bo głosowanie urządzą w dostępnej sali gimnastycznej.

Jest inaczej - głosowanie jest w starej części szkoły, do której trzeba wejść po schodach. Jolanta prosi kogoś o poinformowanie komisji, że niepełnosprawna na wózku chce wejść do środka. Przedstawicielka komisji wychodzi na zewnątrz. Zastanawia się, czy można wynieść urnę na zewnątrz. Komisja dzwoni, a Jolanta marznie pod szkołą. Po paru telefonach i naradzie jest werdykt - urny wynieść nie można, bo zabraniają tego przepisy. To może ochotnicy zaniosą panią Jolantę z wózkiem do urny? - Dałabym się wnieść do cioci na imieniny, ale nie na wybory - zagryza zęby. - Nie daję się nosić przypadkowym osobom. Do tego jest potrzebne przeszkolenie i ubezpieczenie.

Po dwóch godzinach wraca do domu z niczym.

Stefańscy zgłaszają się do "Gazety" o pomoc. Po naszych artykułach na drugą turę wyborów dyrekcja szkoły wyznacza już woźnego, by otworzył zamknięte na co dzień przejście dla inwalidów. Woźny prowadzi niepełnosprawnych podjazdem, windą, łącznikiem, używa podnośnika. Głosowanie zajmuje trzy kwadranse.

- Opowiadałam potem o czekaniu pod szkołą znajomym - mówi Jolanta. - Mówili: Ojej, trzeba było zadzwonić, to byśmy cię wnieśli. Przecież nie o to chodzi. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby obarczać życzliwych ludzi swoją osobą. To państwo powinno stworzyć takie warunki, żebym mogła sama sobie poradzić.

Stefańscy składają protest wyborczy, bo w pierwszej turze Jolanta nie mogła oddać głosu. Sąd zostawił go bez rozpoznania, bo nie wskazali naruszenia prawa. Złożyli zażalenie. Czekają na werdykt.

Kto, jak nie oni?

Gdy mają dość pisania kolejnych skarg, jadą na wycieczkę. - Do lasu albo jakiegoś miasteczka czy wsi pod Warszawą - mówi Jolanta. - Lubimy sobie pooglądać różne ciekawe miejsca. Pojeździć samochodem po lesie.

Ale zawsze wracają do akt sądowych. - Nie możemy znieść tej niesprawiedliwości. Chcemy przełamać ten mur milczenia i obojętności - mówią.

Chcą zmienić polskie przepisy. Tak, aby mogli egzekwować swoje prawa. - Do tego potrzebne są zmiany w prawie karnym - podkreślają oboje. - Jeśli nie ma żadnej kary za to, że w szkołach, sądach, bankach, przychodniach nie likwiduje się barier architektonicznych, to nie mamy żadnych szans na egzekwowanie naszych praw.

Ich zdaniem to właśnie dyskryminacja. Nikt nie dyskryminuje niepełnosprawnych, zakazując im np. udziału w wyborach. Ale urządzenie głosowania na pierwszym piętrze budynku bez windy wywoła taki efekt, jakby byli dyskryminowani.

Piotr Pawłowski, prezes stowarzyszenia Integracja potwierdza: - Od dwóch lat w ramach protestu nie chodzę do miejsc, które są nieprzystosowane. Bo jestem tam zmuszany, żeby prosić kogoś o pomoc. Tak naprawdę to nie państwo Stefańscy powinni zająć się tą sprawą. Są do tego odpowiednie instytucje, jest pełnomocnik rządu ds. osób niepełnosprawnych. Potrzebna jest ustawa antydyskryminacyjna.

Stefańscy kiwają tylko głowami. - Nie poddamy się, za dużo już się napisaliśmy tego wszystkiego - mówią. I ciszej dodają: - Przydałaby się chociaż jedna wygrana.

Nie czekają na nią bezczynnie. Zakładają kurtki i jadą "robić cyrk" na pocztę.