oprogramowanie komputerowe arisco reklama: PRODUCENT OBUWIA PROFILAKTYCZNEGO WAŁĘSA & PALUCH s.c.

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

(aut. Piotr Burda - Gazeta Wyborcza 29.06.2007; dps.pl 10.07.2007)

 

Ucznia z zespołem Downa, który sprawiał kłopoty swojej nauczycielce, wożono za karę w bagażniku szkolnego busa - od tego zarzutu wszystko się zaczęło. Teraz wiadomo, że zastrzeżeń do tego, co działo się w ośrodku upośledzonych dzieci w Baryczy koło Końskich, jest dużo więcej. Być może zajmie się nimi rząd...

Jak dokładnie przebiegała dramatyczna historia jednego z uczniów z zespołem Downa, którego nauczycielka miała wozić w bagażniku szkolnego volkswagena, nie wiadomo. Jest znana z relacji pracujących tam nauczycieli.

Według nich 12-letni Kamil był tego dnia wyjątkowo niegrzeczny. Jego nauczycielka, która jest żoną kierowcy i córką dyrektorki ośrodka, poskarżyła się swojemu mężowi. Ten postanowił ukarać chłopca - umieścił go z tyłu auta za siedzeniami i skulonego przewiózł kilkaset metrów, potem chłopiec miał się uspokoić.

Informacja o tym wydarzeniu pojawiła się również podczas majowej wizytacji tzw. trójek giertychowskich. - Historia wygląda drastycznie, dlatego od razu zgłosiliśmy zawiadomienie w tej sprawie na policję - mówi Ewa Mirowska, świętokrzyska wicekuratorka oświaty.

Potem nauczyciele szukali pomocy w świętokrzyskim Urzędzie Marszałkowskim, spotykali się z kuratorem, starostą, pisali listy. Krystynie Kowalskiej, dyrektorce ośrodka, stawiają też inne zarzuty. Ich zdaniem jest niegospodarna, nie dba o budynek, w którym brakuje podjazdów, a pokoje są w opłakanym stanie. Kolejny zarzut to zatrudnianie spokrewnionych osób. W ośrodku jako nauczyciel wf. pracuje mąż dyrektorki, uczy też jej córka, a zięć jest kierowcą szkolnego autobusu. Zatrudnienie znaleźli tam również dalsi krewni. - Można sobie wyobrazić, jak przyznawane są dodatki motywacyjne - mówią nauczyciele.

Wczoraj rozmawialiśmy w tej sprawie z dyrektorką Kowalską. - To są nasze wewnętrzne sprawy i nie będę tego komentować. Wyjaśnili to już moi zwierzchnicy i policja - mówi dyrektorka.

Zaprzecza, jakoby doszło do wożenia dzieci w bagażniku. - Zobaczcie ten samochód, on nie ma bagażnika - twierdzi. Rzeczywiście - nie ma bagażnika, jest wąski schowek, np. na wózek inwalidzki.

Andrzej Lenart, starosta konecki, któremu podlega ośrodek w Baryczy, przyznaje, że źle się tam dzieje. - Byłem tam z kuratorem, rozmawiałem z nauczycielami. Mój pracownik przeprowadził audyt, który jeszcze uzupełni - mówi.

Wie o zarzutach stawianych dyrektorce. - Sprawy gospodarcze sprawdzamy. Mówiłem jej, że zatrudnienie córki to duży błąd. Jeśli policja potwierdzi informację o dziecku w bagażniku, to ją odwołam - zapowiada Lenart.

Smaku sprawie jeszcze dodaje fakt, że brat dyrektorki jest skarbnikiem w koneckim starostwie. - To nie będzie miało żadnego wpływu na moją decyzję - przekonuje Lenart.

Dziś ma go odwiedzić grupa nauczycieli z Baryczy. - Wysłucham ich, ale nie pozwolę, aby grupka nauczycieli powoływała i odwoływała dyrektora. Tam jest ostry konflikt, musimy go rozwiązać w wakacje, bo nie może się przenieść na dzieci - mówi starosta.

Przyznaje, że w tej sprawie prawie codziennie rozmawia z nauczycielami, kuratorem i swoimi urzędnikami.

Sprawę wożenia w bagażniku badała policja. Przesłuchała dwie nauczycielki i kierowcę, rozmawiali też z matką dziecka. - Stwierdziliśmy, że brak jest uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa. Z tyłu jest trochę miejsca, na które chłopiec przeszedł ze swojego siedzenia. Kierowca dolewał w tym czasie płyn do spryskiwacza, podjechał kilka metrów, aby ten sprawdził, jak wygląda taka przejażdżka. Matka chłopca nie zauważyła, żeby był wystraszony - mówi Aneta Łyżwa, rzeczniczka prasowa koneckiego komendanta policji.

W tej sytuacji policja odstąpiła od postępowania przygotowawczego.

Zdesperowani nauczyciele spotkali się w środę w tej sprawie z Marcinem Perzem, członkiem Zarządu Województwa. Napisali też list do wicepremiera Przemysława Gosiewskiego. Chcą się również spotkać z Romanem Giertychem, ministrem edukacji narodowej.


Ośrodek w Baryczy jest pięknie położony. Wokół las i dużo zieleni. Uczy się tam grupka 80 dzieci upośledzonych w stopniu umiarkowanym i głębokim, głównie z powiatu koneckiego. Budynek robi przygnębiające wrażenie, przypomina stare baraki, widać, że wiele lat nie był remontowany. Podwórko jest zarośnięte trawą, nie koszono jej nawet na znajdującym się przy ośrodku boisku. O ośrodku pisaliśmy w lutym tego roku. Chodziło o plac zabaw. W maju 2005 roku 14 tys. zł na jego wyposażenie przekazali uczestnicy telewizyjnego teleturnieju "Familiada". Plac jednak nie powstał, a dyrekcja tłumaczyła, że pieniądze z TVP przeznaczono na pilniejsze potrzeby. Mały placyk otwarto dopiero w ubiegłym tygodniu.