oprogramowanie komputerowe arisco reklama: PRODUCENT OBUWIA PROFILAKTYCZNEGO WAŁĘSA & PALUCH s.c.

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

(aut. Ewa Furtak - Gazeta Wyborcza 1.01.2007; dps.pl 4.01.2007)

Większość mieszkańców domu w Kozach na Śląsku została już przeniesiona do innych ośrodków. Dla starych, schorowanych ludzi to wielki dramat.

Anna Mateja mieszkała w ośrodku w Kozach przez ostatnich dziewięć lat, traktowała go jak swój rodzinny dom. Cztery lata temu zaprzyjaźniła się z innym mieszkańcem placówki, Bolesławem Dyrdą, byłym żołnierzem gen. Andersa. Zostali przeniesieni do Bystrej.

- Szczęście, że chociaż ich nie rozdzielono. Ale i tak jest źle. Odwiedzamy Annę, cały czas płacze, nie chce jeść, chociaż Bolesław pociesza ją jak może - mówi Władysława Kalińska, która wraz z mężem założyła Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom i Ludziom Starszym AID, prowadzące dom w Kozach.

Taki sam dramat przeżywają teraz wszyscy mieszkańcy. Płaczą, nie chcą się przeprowadzać. W Kozach żyli jak w rodzinie. Teraz zawalił im się świat. Przypomnijmy: urzędnicy ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego mają zastrzeżenia do działalności placówki. Powołują się na to, że w budynku brakuje windy, a korytarze są zbyt wąskie. Okazało się też, że placówka nie ma pozwolenia na całodobową opiekę nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi, tymczasem część osób mieszka tam latami.

- Mieszkają, bo nie mają się gdzie podziać. Nie wyrzucimy ich na bruk - broniła się Kalińska. Urzędników nie przekonały nawet błagania mieszkańców, którzy chcieli zostać w Kozach. Część z nich trafiła tam, bo nie znalazło się dla nich miejsce w żadnym innym ośrodku. Dom w Kozach współpracował ze szpitalami, nieraz przywożono tam bardzo ciężko chorych albo umierających ludzi. Tak było np. z poruszającym się na wózku inwalidzkim ciężko chorym Amerykaninem polskiego pochodzenia.

Gdy wojewoda śląski nałożył na stowarzyszenie 10 tys. zł kary, zapadła decyzja o rozwiązaniu placówki. Kończą się przenosiny ostatnich mieszkańców. Zatrudniony w ośrodku personel stracił już pracę. W domu zostało tylko kilkoro lokatorów.

- Bezdomnych, nie mających dokąd pójść. Mam nadzieję, że chociaż ta garstka będzie mogła u nas zostać - mówi Kalińska.

- Gdyby Kalińscy zapłacili karę i poprosili o czas na dostosowanie domu do wymaganych norm, mogliby spokojnie działać dalej. Oni w zasadzie zlikwidowali się sami - mówi nam jeden z zajmujących się sprawą urzędników.

Jednak Kalińscy kary zapłacić nie chcą, wolą pójść do więzienia i odsiedzieć grzywnę. Tłumaczą, że wolą przeznaczyć te pieniądze na pomoc potrzebującym. Boją się też kolejnych kar.

- Na razie egzekucja grzywny została na szczęście wstrzymana do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez NSA, jednak nie wiemy, co będzie działo się dalej. Nie mieliśmy innego wyjścia, musieliśmy zakończyć działalność - tłumaczy Kalińska.

W znalezieniu nowych miejsc dla dotychczasowych mieszkańców pomaga bielskie starostwo.

- To właśnie ci ludzie najbardziej ucierpieli w tym zamieszaniu, rozumiemy, co przeżywają - mówi Mirosław Szemla, bielski wicestarosta. - Nikt nie zostanie bez dachu nad głową - zapewnia.

Małgorzacie Malinowskiej, psychologowi i szefowej bielskiego Podbeskidzkiego Ośrodka Interwencji Kryzysowej, też bardzo żal dotychczasowych mieszkańców.

- Dla tych ludzi to bardzo przykra sytuacja, naprawdę nie bez powodu mówi się, że starych drzew się nie przesadza. Przeżywają teraz bardzo ciężkie chwile - mówi Malinowska. - Jednak na tę sprawę trzeba spojrzeć z innej strony. Przepisy i normy dotyczące pomocy społecznej nie zostały wymyślone po to, żeby pomagającym utrudniać życie. Mają zagwarantować ochronę i bezpieczeństwo naszym podopiecznym, ludziom, których bardzo łatwo skrzywdzić. Tutaj nie ma żadnej drogi na skróty, po prostu trzeba przepisów przestrzegać - dodaje.