oprogramowanie komputerowe arisco reklama: PRODUCENT OBUWIA PROFILAKTYCZNEGO WAŁĘSA & PALUCH s.c.

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

(aut. Sebastian Kuklo; dps.pl 25.03.2006)


  • UWAGA! Odpowiedź białostockiej placówki na list znajduje się tutaj...
  • Dyskusja na temat listu odbywa się na naszym Forum - weź udział...

Ogólnopolski skandal?

Chciałbym podzielić się refleksjami związanymi z funcjonującymi w całej Polsce Domami Opieki Społecznej. Otóż mam okazję odwiedzać jeden z nich (Białystok) i pracować, społecznie, na rzecz dzieci. Nie jestem zrzeszony w żadnym kole wolonatriatu, toteż moje zajęcia mają charakter indywidualny, uzależniony tylko i wyłącznie od mojej inicjatywy, pomysłów i wolnego czasu.

Przebywając na oddziałach (tzw. grupach) mam więc okazję do podpatrywania "zajęć" prowadzonych przez zatrudniony tam personel. Jestem zbulwersowany takim brakiem zainteresowania drugim człowiekiem. Dzieci, niepełnosprawne w stopniu od lekkiego do głębokiego, pozostawiane są same sobie, nikt nie wykazuje najmniejszego zainteresowania nimi samymi. Pozbawione są zabawek, często nawet dobrego słowa, a kontakt z nimi ograniczony jest do bezosobowego dokarmiania oraz przebierania możliwie szybko w pidżamę (nierzadkim widokiem są dzieci przebrane do snu o godzinie 16-tej, czy nawet 15-tej!).

Jest to lekceważenie daru życia jako takiego i wyraz dehumanizacji na szeroką, zakładową, a zapewne także ogólnopolską skalę. Człowiek ma wrażenie, iż prowadząc zajęcia z podopiecznymi ośrodka buduje wraz z nimi metaforyczną wieżę z klocków, która na oddziałach zostaje zburzona i zdewalualizowana.

Jak długo w Polsce utrzymywać się będzie tak marginalne traktowanie drugiego człowieka?

Jest to wręcz odczłowieczenie, z którym naprawdę trudno walczyć.

Znużony i zmęczony personel poprzestaje na oglądaniu telewizji i uszeregowaniu dzieci wokół odbiornika na fotelach czy kanapach, a broń Boże na podłodze. W ten sposób dzieci spędzają większość dnia poza zajęciami (szkoła, terapia zajęciowa - jednak niedostępna przecież dla wszystkich - pozostaje pewne grono dzieci pozbawione jakichkolwiek szans na rehabilitację w zakresie także społeczno-emocjonalnym), choć coraz częściej spotykanym zjawiskiem jest pozostawianie ich na świetlicy samym sobie, w otoczeniu co najwyżej materaca, poduszek, wszędobylskiego telewizora, kartki i kilku kredek, z których korzystać potrafi i chce zaledwie jedno, lepiej radzące sobie dziecko.

Pozostałe spędzają dzień wpatrzone w ścianę, przytulone do kaloryfera (widok dramatyczny), czy siedząc na wózku inwalidzkim lub bezpośrednio na podłodze lub krześle, do którego - nierzadko - bywają nawet przywiązane. I to wszystko.

Ich rytm dnia wyznacza posiłek, zmiana ubrania i sen.

Równie ekscytujące i pełne wrażeń życie przedstawiają pacjenci intensywnej terapii, gdyż nie o życiu lecz o wegetacji tu mowa. Jest to zjawisko skandaliczne, tym bardziej, że każde z dzieci tam przebywających rokuje nadzieję! Sam odwiedzam tam kilkadziesiąt dzieci, z czego jedno - autystyczne - najczęściej, chcąc przynajmniej w tym stopniu wpłynąć na ich jakość życia. Od pięciu lat jestem zbulwersowany tą abstrakcyjnie pojętą integracją, na której nie korzysta nikt, jeśli pozbawiony jest rodziny i oddany do zakładu na resztę swoich smutnych dni.

Należy postawić sobie pytanie - jaki jest sens prowadzenia tego typu zakładów i komu mają one służyć? Czy inwestowanie pieniędzy w tego typu przechowalnie drugiego człowieka są właściwe? Co gorsza, dyrekcja tego typu zakładów albo podziela tego typu poglądy wychowawcze (chociaż o słowie "wychowanie" w ogóle nie może być tu mowy), albo dyplomatycznie przymyka na wszystko oko, prezentując tym samym milczącą postawę aprobaty.

Nie chciałbym generalizować, dzieci samodzielne same znajdą sobie rozrywkę, zajęcie, inna sytuacja jest osób podlegających nauce szkolnej, korzystającej z zajęć terapeutycznych (o ich ocenę trudno jest mi się pokusić), jednak 30-50% podopiecznych ośrodka prowadzi życie sterylne emocjonalnie.

Mimo pięknych murów i mebli, ich życie jest jałowe i puste, zamknięte w czterech, odosobnionych od świata ścianach, z personelem siedzącym na krześle i przeglądającym pisma kobiece lub popijającym kawę.

Nie chciałbym, aby potraktowano ten list jako kolejne już nawoływanie człowieka niezaznajomionego ze specyfiką pracy z dziećmi. Jestem oligofrenopedagogiem z wykształceniem medycznym, od kilku już lat pracuję dla różnych placówek opiekuńczo-wychowawczych, gdyż faktycznie na losie dzieci odrzuconych niezwykle mi zależy. Znam temat od podszewki i niewiele jest mnie już w stanie zdziwić. Jednak z upływem czasu sprawa ta wydaje się być coraz bardziej bulwersująca, tym bardziej że polityka osamotnienia dziecka jest wszechobecna i nagminna. Zaledwie kilka osób stara się zrobić coś więcej, jednak, zaznaczam to z całym naciskiem, od pięciu lat nie widziałem, by ktokolwiek z wychowawców prowadził z dziećmi głębiej upośledzonymi, nie objętymi obowiązkiem szkolnym, czy warsztatami terapii zajęciowej, jakiekolwiek gry, czy zabawy, chyba że dziecko w akcie desperackiej próby położy na owej pielęgniarce, pedagogu rękę.

To nie tak powinno wyglądać.

Wymagana jest moim zdaniem radykalna zmiana w kadrze pracowniczej, na personel, któremu zależy, który chce i który może. Obecna kadra nie dość, że nie wie jak, to jeszcze nie widzi potrzeby. Dzieci umierają za życia. Problem, moim zdaniem, jest naglący.

Sebastian Kuklo.

Proszę o opinię

DPS.PL : Redakcja serwisu ma nadzieję, że dane autora e-maila są autentyczne. Trudno nam wyrokować o rzetelności przedstawionego obrazu placówki. Z autopsji i oserwacji innych ośrodków wiemy, że opisany stan rzeczy nie jest jednak abstrakcją, z którą nie można się w Polsce zetknąć...


  • UWAGA! Odpowiedź białostockiej placówki na list znajduje się tutaj...
  • Dyskusja na temat listu odbywa się na naszym Forum - weź udział...