oprogramowanie komputerowe arisco reklama: PRODUCENT OBUWIA PROFILAKTYCZNEGO WAŁĘSA & PALUCH s.c.

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Proces o dom strachu

Przed sądem w Myszkowie rozpoczął się w poniedziałek proces Marka N. szefa Stowarzyszenia św. Brata Alberta, które w Białej Wielkiej pod Lelowem prowadzi dom opieki dla ludzi starszych i bezdomnych.

30-letni Marek N. to szef Stowarzyszenia św. Brata Alberta, które w Białej Wielkiej pod Lelowem prowadzi dom opieki. "Gazeta" pisała o nim wiele razy. Byli pracownicy i rodziny podopiecznych opowiadali nam o biciu i poniżaniu starych ludzi. Alarmowali o braku właściwej opieki. Te informacje potwierdziła kontrola Urzędu Wojewódzkiego, potem prokuratura. M.in. po publikacjach "Gazety" i zeznaniach byłej opiekunki (została zwolniona po tym, gdy wyszło na jaw, że powiedziała policji o znęcaniu się nad staruszkami) podjęto umorzone wcześniej śledztwo, oskarżając prezesa N. o znęcanie się nad 10 podopiecznymi. Dołączyły do tego zarzuty przywłaszczenia pieniędzy innego pensjonariusza i odmowy wpuszczenia na teren placówki kontrolerów PIP.

Proces w podczęstochowskim Myszkowie częściowo toczy się przy drzwiach zamkniętych (N. starał się o całkowite utajnienie). Sąd uznał, że by zapewnić swobodę wypowiedzi na tematy "prywatnych sfer życia" osoby postronne powinny opuszczać salę, podczas przesłuchań podopiecznych. Za takie uznano dziennikarzy.

Przesłuchiwany w roli świadka Ireneusz R. (współzałożyciel stowarzyszenia) opowiadał: - Jak pan K., chciał tabletkę na noc, to zastosowali tzw. komaroterapię, wywieźli go na wózku na dwór i tam zostawili, żeby go komary kąsały. Pani S. często się załatwiała na stołówce, to bili ją ręką po plecach. Pana W. zatrudniali do prac wokół domu, na przykład do kopania rowu. Pana G. przywiązali do wózka, tak, że jak go bili to nawet nie miał jak się bronić.

Marek N., który sześć lat temu miał już wyrok w zawieszeniu (obecnie zatarty) za uprowadzenie i uwięzienie dwóch kobiet w innym domu starców, nawet na ławie oskarżonych sprawiał wrażenie zadowolonego i pewnego siebie. - Do żadnego z zarzutów się nie przyznaję - mówił. - Jako prezes przebywałem mało z chorymi. Nad nikim się nie znęcałem - stwierdził, tłumacząc, że oskarżenia są efektem zmowy mediów i zemsty zwolnionych pracowników.

Przyparty do muru sędziowskimi pytaniami, przyznał, że jednej z kobiet, na czas posiłków wiązano ręce szalikiem (nie chciała jeść i przeszkadzała karmiącym). Obecnej na sali sądowej córce , pociekły z oczu łzy.

Kolejna rozprawa - w czwartek.

Dom strachu - opowieść córki

Pani Stanisława mieszkała w Białej Wielkiej przez pięć miesięcy, od lutego do sierpnia ubiegłego roku.

Na szczęście była tam jedną z nielicznych pensjonariuszek, której losem przez cały czas interesowali się krewni. - Mama miała 74 lata. Kiedy zachorowała, zrozumieliśmy, że trzeba cały czas przy niej być. Ale my nie mogliśmy jej tego zapewnić. Bracia nie dawali rady, a ja pracowałam. Uradziliśmy, że trzeba ją zawieźć do jakiegoś domu opieki. Chcieliśmy, żeby miała jak najlepiej, żeby była otoczona fachową pomocą. Załatwiliśmy jej ten dom. Jesteśmy niezamożni, ale kiedy okazało się, że pobyt mamy ma kosztować więcej niż jej emerytura postanowiliśmy, że co miesiąc będziemy składać się na jej pobyt - opowiada pani Zofia, córka Stanisławy.

Kiedy panią Stanisławę przywieziono do Białej, ważyła ponad 80 kg i była silną, postawną kobietą. Pani Zofia co dwa tygodnie odwiedzała matkę (nigdy nie była w jej pokoju, wizyty odbywały się na świetlicy lub na dworze, przed domem). Spędzała z nią dwie, trzy godziny. Widziała, jak stan matki pogarszał się z wizyty na wizytę. - Na początku sama radziła sobie z jedzeniem, potem już nie. Cały czas spała. Kiedy przyjechałam w sierpniu, spojrzałam na nią i zaczęłam płakać. To był cień człowieka, leciała przez ręce. Nie miała siły wstać. Zrozumiałam, że to już koniec. Zdecydowałam, że trzeba mamę zabrać do domu. Niech wśród swoich dożyje ostatnich dni.

Kiedy ją zabierała, pani Stanisława ważyła ok. 50 kg, w Białej schudła 30 kg.

- To się nie mieści głowie, byłam tam tyle razy, a oni ani razu nie wspomnieli, że mama nic nie chce jeść. Zostawiłam leki, a ona tych leków nie dostawała. Podobno były za drogie - płacze pani Zofia. W domu pani Stanisławie wrócił apetyt. Odżyła, chętnie je zmiksowane posiłki.

Przed sądem nie opowie, co ją spotkało w Białej (z relacji byłej opiekunki wiemy, że była przywiązywana do krzesła), bo z powodu choroby straciła mowę. Kontakt z nią jest bardzo utrudniony. (Opowieści córki wysłuchaliśmy jeszcze przed procesem, jej zeznania przed sądem zostały utajnione.)

Zeznaje współpracownik

Fragmenty zeznań Ireneusza R., byłego współpracownika Marka N.

Ireneusz R.: Pan Henryk był przywiązywany do krzesła albo fotela i bity. Nie miał się jak bronić.

Sędzia: Dlaczego go przywiązywano?

I.R.: Pensjonariusz bronił się.

Sędzia: Przed czym?

I.R.: Przed ciosami.

Sędzia: (ze zgrozą ): Chce pan powiedzieć, że bicie pensjonariuszy było stałą i nagminną praktyką?

I.R.: Tak, ale bito tylko tych niepokornych pensjonariuszy.

Sędzia: Czyli jakich?

I.R.: - Takich, którzy nie chcieli wykonywać poleceń.