oprogramowanie komputerowe arisco reklama: PRODUCENT OBUWIA PROFILAKTYCZNEGO WAŁĘSA & PALUCH s.c.

Domy Prawo O DPS, Kontakt

wstecz

Ciemna strona starości

Co naprawdę kryją wrocławskie domy pomocy społecznej? Czy schorowani, starsi ludzie są w nich rzeczywiście traktowani jak zło konieczne, a ich prawa i potrzeby są lekceważone przez pracowników i kierownictwo? Czy też może nieliczne skargi na niegodziwości, jakie ich spotykają to efekt roszczeniowej postawy kilku pieniaczy?

Z kilkoma mieszkańcami domu pomocy społecznej przy ul. Mącznej � na ich prośbę - spotykam się w jednym z pokoi. Przed rozmową muszę przysiąc, że nie ujawnię ich nazwisk.

- Oni mogą nam bardzo uprzykrzyć życie � mówi jeden z panów. � A niewiele nam już go przecież zostało, chcielibyśmy je przeżyć spokojnie.

�Oni� � to znaczy pracownicy Miejskiego Zarządu Domów Pomocy Społecznej. Moi rozmówcy mieszkają w tym domu od wielu lat. Byli tu na długo przed powstaniem MZDPS, mają porównanie. Poprzednią dyrekcję zgodnie oceniają jako przyzwoitą. Teraz jest inaczej. Dyrektora widują najczęściej w telewizji. Wiadomo, jest w Sejmiku, nie ma czasu. Być może nawet nie wie, co tu się dzieje. A dzieje się � przynajmniej ich zdaniem � źle.

Wszystko w proch

- Wszystko, co dobrego zrobiono tu przed laty, obróciło się w proch � uważa pani X. � Miało być lepiej, kiedy powstawał nowy zarząd, to mówili nam, że będą oszczędności i my na tym zyskamy. A jest coraz gorzej. Po pierwsze jedzenie. Moi rozmówcy określają je jako �pod zdechłym Azorkiem�. Nieustannie ryż i makaron. Ryż niedogotowany, makaron zapieczony na twardo w piekarniku. To nie jest jedzenie dla starych ludzi, którzy nie mają już zdrowych żołądków. Podane byle jak. Jeśli pasztet z puszki � to walnięty łyżką na talerz, jak dla prosiaka. A przecież można jakoś ładniej, choćby na liściu sałaty. Stawka dzienna na jedzenie to nieco ponad 6 zł. I to ma być ta Europa? W więzieniu mają dwa razy tyle. A oni przecież nie są przestępcami. I nie siedzą tu za darmo. Każdemu z nich zabiera się na pobyt w dps 70 proc. emerytury lub renty. Chyba nie po to, żeby kucharki pożyczały od mieszkańców olej do smażenia?

Dlaczego nie skarżą się kierownictwu?

- Bo to nic nie da � przekonują. � Raz jeden z naszego domu poszedł do dyrektora z talerzem gołąbków pływających w sosie przypominającym pomyje. Dyrektor nawet się oburzył, ale jedzenie i tak się nie poprawiło.

Jak worek kartofli

- Jedzenie nie jest ważne � macha ręką mieszkanka domu przy ul. Karmelkowej. � Jednemu smakuje, innemu nie, nigdy nie dogodzisz. Najgorsze jest to traktowanie chorych ludzi jak przedmioty. Jest niepełnosprawna, jak większość ludzi z tego domu. Nie jest w stanie samodzielnie wykonać najprostszych czynności. Potrzebuje pomocy w toalecie. Tymczasem, jak twierdzi, większości personelu to nie obchodzi. Kiedy prosi, żeby ją zaprowadzić do toalety, pani z personelu potrafi jej powiedzieć: �Teraz mam przerwę�. Bezduszne mycie, rzucanie do łóżka jak worek kartofli. Zupełnie bez serca. Był w tym domu jeden człowiek z sercem do ludzi. Rozumiał ich, chciał pomagać. Kiedy dyrektor nie przedłużył z nim umowy, zbierała wśród mieszkańców podpisy w jego obronie. Podpisało się wiele osób. Potem się wycofali. Jako symbol opieki nad staruszkami wskazują dzwonki w pokojach na Mącznej. Przycisk służy do tego, żeby wezwać pielęgniarkę w razie pilnej potrzeby. Na przykład, zasłabnięcia. Jest umieszczony przy drzwiach. Żeby wezwać pomoc, trzeba wstać z łóżka i przejść kilka metrów. Jeśli więc ktoś naprawdę będzie potrzebował pomocy, nie będzie w stanie. Tak jak nie zrobił tego Antoni J., mężczyzna po wylewie, dzielący pokój z innym mieszkańcem.

- Ten człowiek się nad nim znęcał � opowiada pracownik dps - W styczniu b.r. znaleziono Antoniego J. zakrwawionego, najprawdopodobniej był pobity przez współlokatora. Zabrało go pogotowie, trafił do szpitala. Zmarł po trzech tygodniach od tego zdarzenia. Jesteśmy przekonani, że to był efekt tego pobicia. Czy mieszkaniec zmarł na skutek przestępstwa? Dziś trudno to będzie wyjaśnić, jego ciało po śmierci zostało skremowane. Prokuratura prowadzi w tej sprawie dochodzenie, ale znęcający się nadal mieszka w dps.

"Starzy" kontra "nowi"

Z pracownikiem dps spotykamy się w parku, w pełnej konspiracji. Na kartce ma zapisane w punktach, co chce powiedzieć. Punkty są skonsultowane z koleżankami. Potwierdzają to, o czym mówili mieszkańcy. Ale pracownikom też nie jest lekko. Zwłaszcza tym "starym", którzy nie przyszli z nowym kierownictwem. Grafiki ich dyżurów są ustalane niezgodnie z prawem, nie ma odzieży ochronnej, nie można się odezwać, kierownictwo trzyma za mordę. Każdy siedzi cicho, żeby nie stracić pracy.

- To prawdziwy mobbing � uważa pracownik.

Związki zawodowe są jednak innego zdania. Wiceprzewodnicząca zakładowej Solidarności powiedziała nam, że tak wspaniałego pracodawcy, jakim jest MZDPS, każdemu należałoby życzyć.

Komu buty?

Mieszkańców kłuje w oczy, że jedni dostają ubranie, obuwie, żyletki do golenia, a inni nie.

- Dwa lata prosiłam o parę majtek � skarży się mieszkanka z Mącznej.

O buty zimowe i ciepły dres upomniał się Kazimierz Pindel z ul. Rędzińskiej. Nie boi się podać swojego nazwiska, bo i tak postanowił walczyć z haniebnymi praktykami w jego domu. Pokazuje swoje podanie i odpowiedź, że jest na tyle zamożny, by samemu sobie kupić buty. Odwołał się do dyrektora.

- I wtedy przyszła do mnie czteroosobowa komisja � opowiada wciąż oburzony. � Mimo moich protestów, otworzyli mi szafę i zrobili rewizję, szukając butów. A przecież nie jestem w zakładzie karnym, nie mieli prawa. To jawne naruszenie mojej godności. Zawiadomię prokuraturę. W szafkach zainstalował kłódki. W innym domu skarżą się na naruszanie tajemnicy korespondencji. Pisma z ZUS są otwierane przez personel.

- Kierownik podnoszenia standardu i jakości, kierownik zamówień publicznych, specjalista do spraw stosunków zewnętrznych, kierownik działu specjalistów, kierownik działu medyczno-terapeutycznego.... � wylicza mieszkaniec stanowiska MZDPS. � Nic dziwnego, że nie ma dla nas na godziwe jedzenie czy buty. Sami kierownicy i specjaliści, najwyższe widełki płac. A przecież miała być oszczędność.

Trudnych spraw brak

Kiedy powstawał jeden zarząd domów pomocy, wiele się mówiło o tym, że teraz mieszkańcy się zintegrują.

- Robili nawet wspólne pikniki � mówi pan z Mącznej. � I na piknikach się skończyła nasza integracja. W ideę integracji uwierzyła jednak pani Y., autorka listu w obronie zwalnianego administratora.

�Apelujemy do wszystkich mieszkańców dps i ich rodzin, wolontariuszy, ludzi dobrej woli � zintegrujmy się i pomóżmy sobie w walce przeciwko zastraszaniu, braku pomocy i niegodziwemu traktowaniu. Kontaktujmy się ze sobą w trudnych sprawach� � napisała. Na list zareagował tylko jeden mieszkaniec innego domu.

- Zadzwonił, umówił się i już więcej nigdy się nie odezwał � mówi pani Y. Może więc reszta mieszkańców nie ma trudnych spraw?

Rzeczywistości daleko do ideału

- Zgadzam się z tym, że rzeczywistości dps-ów daleko do ideału � mówi Jarosław Duda, dyrektor MZDPS. - Jednak trudno za to winić obecny, zreformowany system zarządzania. On przyniósł wymierne korzyści. Musimy się jednak poruszać w granicach przepisów, które nie są dobre. I korzystać z bazy, która już jest. To znaczy molochów, jakich nie powinno się budować do takich celów. Wrocławskie domy pomocy społecznej powstawały w czasach, gdy problem samotnej starości był wstydliwy. Dlatego znajdują się na peryferiach, z dala od normalnego życia, co � zdaniem dyrektora � jest fatalne. Dyrektorowi także nie podoba się np. sposób instalacji dzwonków przy ul. Mącznej (nie miał z tym nic wspólnego), w ciągu kilku miesięcy to zostanie zmienione. Nie jest prawdą, że po powstaniu MZDPS zatrudnia się więcej pracowników administracji. Mieszkańcy mogą mieć takie wrażenie, bo teraz większość administracji znajduje się w jednym miejscu. Jest za to więcej pracowników bezpośrednio zajmujących się podopiecznymi, choć nie kosztowało to miasta ani złotówki więcej. To jedna z korzyści wrocławskiej reformy. Kolejna � to jeden standard we wszystkich miejskich domach, jednakowy poziom usług. Rzeczywiście, MZDPS nie stać na to, by wszystkim kupować odzież na każde życzenie. Jednak nie ma takiego obowiązku. Przepisy ( rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej z 15 września 2000 r.) mówią tylko o tym, że każdy mieszkaniec �powinien mieć je zapewnione�. Może mieć swoje własne. Stąd biorą się odmowy, a czasem i komisyjne sprawdzanie (nie: rewizje), czy rzeczywiście mieszkaniec jest w potrzebie.

Nikt nikogo nie wyrzuci

Prawdziwym problemem dps-ów jest jednak co innego. - Trafiają do nas ludzie agresywni, alkoholicy, charakteropaci, a nawet z przeszłością kryminalną � przyznaje dyrektor. - Tacy, których boją się nie tylko mieszkańcy, ale nawet pracownicy. Kilka razy w miesiącu wzywamy policję, ale na wiele się to nie zdaje. Problem współmieszkańca Antoniego J. jest w gruncie rzeczy nie do rozwiązania. Psychiatrzy rzekli, że nie jest chory psychicznie, nie można go więc przenieść do placówki dla takich ludzi. Nie można go relegować z dps, ani przenieść � bez jego zgody � do innego. Czy tacy ludzie w ogóle powinni znaleźć się w dpsach, razem z porządnymi, spokojnymi staruszkami? Przecież stanowią dla nich prawdziwe zagrożenie? Zapewne nie, ale nie da się wszystkiego wychwycić na etapie weryfikacji. A gdy ktoś już zostanie zakwalifikowany do takiej placówki � nie ma prawnej możliwości pozbycia się go. Takie przepisy.

Każdemu po równo

Jednym ze sposobów walki z alkoholizmem jest stworzenie specjalnego oddziału dla uzależnionych przy ul. Rędzińskiej. To wrocławski eksperyment, bez precedensu w skali kraju. Izolacja alkoholików przyniosła już pierwsze efekty: odetchnęli inni mieszkańcy. A sami alkoholicy mają zapewnioną specjalistyczną pomoc. - Niedobre jest także i to, że nie ma znaczenia, czy ktoś ma 2 tys. zł emerytury, czy też został wzięty spod mostu bez żadnych świadczeń � mówi Jarosław Duda. - Wszystkim mamy obowiązek zapewnienia usług na tym samym poziomie. Zgadzam się, że to nie jest sprawiedliwy system. I nie będzie tak długo, jak pieniądze nie będą szły za klientem. Wtedy można stworzyć zróżnicowanie w standardzie oraz możliwość wyboru. Teraz wszyscy mają to samo. I nie wszystkim się to podoba. Zresztą: wśród kilkuset osób zawsze znajdą się niezadowoleni. To nie tylko kwestia samotnej starości.

Alicja Giedroyć; Gazeta Wrocławska


Komentarze internautów z forum www.naszemiasto.pl

Znam sprawę (Obserwator):

Obserwuję działania MZDPS z pewnego dystansu i mam wrażenie że pani redaktor strzelała z "grubej rury" i trafiła, ale nie tam gdzie trzeba.Moim zdaniem artykuł jest obrażliwy zarówno dla mieszkańców jak i ludzi którzy się nimi opiekują.Odnoszę wrażenie że mógł powstać dla potwierdzenia tez które komuś są wygodne.Daleko pani redaktor do obiektywizmu a fakty które przedstawia naświetla w sposób niekorzystny dla ludzi którzy naprawdę na to nie zasługują.

(Ewa):

Szanowna Pani Redaktor!

Długo się zastanawiałam, czy zabrać głos w głośnej ostatnio sprawie mieszkańców Domów Pomocy Społecznej, ale po ostatnim, piątkowym artykule nie mogę pozostać obojętna.

Jestem lekarzem z DOLMED-u, który od kwietnia zajmuje się mieszkańcami DPS-ów. Nie znaczy to jednak, że do tej pory ich nie znałam. Pracowałam w Ancorze od czerwca 2002 roku. Do grudnia 2002 roku opiekowałam się pacjentami, głównie z ulicy Rędzińskiej i Kaletniczej, ale znałam także większość mieszkańców z ulicy Mącznej i Karmelkowej ("wpadałam" tam na zastępstwa i w sytuacjach awaryjnych). Były to czasy, kiedy nie było jeszcze konfliktu Ancora - Dyrekcja MZDPS, nie było też skarg, współpraca układała nam się dobrze - tak ja przynajmniej to wspominam. Bardzo zżyłam się z pracownikami Domów Pomocy (głównie pielęgniarkami) oraz z mieszkańcami. Niestety z różnych przyczyn, o których nie chcę pisać, opuściłam Ancorę.

Myślałam, że to koniec rozdziału w moim życiu p.t. "Domy Pomocy Społecznej". Okazało się, że jednak nie. Kiedy poproszono mnie (głównie dzięki rekomendacji personelu Domów i mieszkańców) o zajęcie się nimi powtórnie, jednak z ramienia innej przychodni, podjęłam bardzo trudną dla mnie decyzję - trudną, bo stanęłam w pewnym sensie po drugiej stronie barykady, a jestem spokojnym człowiekiem - i zgodziłam się. I decyzji tej nie żałuję - bo zrozumiałam jedno: że to jest praca, którą kocham, że wróciłam do ludzi, za którymi tęskniłam i bez których moje życie nie miało takiego sensu. Kiedy zobaczyłam, jak cieszą się moi "starzy-nowi" pacjenci i personel, obiecałam sobie dwie rzeczy - że ich już więcej nie zostawię i że zapewnię im najlepszą opiekę medyczną, jaką potrafię - tak, żeby czuli się potrzebni i zadbani przez lekarza.

Proszę więc, niech Pani nie pisze, że nie ma kto się nimi zająć - oni mają opiekę, być może nawet lepszą, niż mieli - jeżdżę do nich na każde wezwanie, pielęgniarki mają prawo kontaktować się ze mną niezależnie od dnia tygodnia i godziny.

Będą mieli również zapewnioną rehabilitację - wszyscy, którzy tego potrzebują, otrzymają skierowania i będą rehabilitowani.

Bardzo poruszył mnie piątkowy artykuł o "nieludzkim" traktowaniu mieszkańców. Mogę Panią zapewnić, że personel Domów Pomocy podchodzi do pacjentów Domów Pomocy (często bardzo trudnych we współżyciu) z tak dużą dozą cierpliwości, współczucia i zwykłej ludzkiej dobroci, że życzyłabym każdemu starszemu człowiekowi, żeby jego własne dzieci tak go traktowały.

Muszę stanąć w obronie pracowników, bo naprawdę nie zasłużyli na taką krzywdzącą opinię.

Nie wiem, czy te moje wywody przeczytała Pani do końca. Być może zaszkodziłam sobie zabierając głos. Ale proszę pamiętać o jednym - nie ma rzeczy tylko białych lub czarnych. Wina najczęściej leży po obu stronach. Nie wolno wypowiadać krzywdzących opinii nie wysłuchawszy uważnie także drugiej strony.

Z poważaniem

dr n. med. Ewa Stojek