oprogramowanie komputerowe arisco

Domy Prawo O DPS, Kontakt

Tadeusz Marczak z DPS w Otwocku

wstecz

(aut. Andrzej Kamiński - Linia Otwocka 21.11.2008; dps.pl 24.11.2008)

 

Po flaucie obrał kurs na wiatr

 

Tadeusz, gdy się ocknął z alkoholowego zamroczenia, z przerażeniem stwierdził, że znajduje się w szpitalu i nie ma nóg, a tylko kikuty owinięte bandażami. Wystraszony próbował odtworzyć sobie w pamięci ostatnie godziny, ale myśli natrafiały jedynie na pustkę, jakby ktoś je wymazał, czy wyciął skalpelem.

 

Rozejrzał się po sali. Trzy łóżka, a na nich śpiący mężczyźni. Za oknem szary świt. W głowie pustka, a w żołądku ssanie. – Coś bym łyknął – pomyślał rzeczowo i rozejrzał się. W głębi sali, tuż obok drzwi, zobaczył umywalkę. W pierwszym odruchu chciał wstać z łóżka i pójść się napić. Nawet odkrył kołdrę i przekręcił się na łóżku, by z niego zejść. Ujrzał jednak kikuty, które nie sięgały podłogi. Po raz pierwszy wtedy zdał sobie boleśnie sprawę, że już do końca życia będzie zdany na łaskę i niełaskę innych. – Boże, ja nie mam nóg. Nie będę już nigdy chodził. Jak będę żył? – przewalały mu się w głowie myśli i nie były dobre. Ba, tragiczne i tak złe, że Tadeusza oblewał zimny pot. Nie myślał już o pragnieniu, ssaniu w żołądku i igłach przeszywających kikuty, które idiotycznie zwisały z łóżka. Sycząc z bólu, który coraz bardziej stawał się dotkliwy, na powrót wyciągnął się na pościeli i oczy pełne łez wlepił w sufit. – Piłem z kumplami w barze – rozpamiętywał w nadziei, że pamięć odkryje przed nim te chwile, które się zamazały. - Był Kazik, Janek i Bolek. Świętowaliśmy interes, na którym trafiliśmy niezłą kasę. Za karoserię malucha znalezioną w lesie na złomowisku zapłacili nam prawie dwie setki. Postanowiliśmy opić to browarem, ale to nas tylko rozgrzało. Wzięliśmy flaszkę, później drugą, jakieś śledzie. Ale co było potem? Dlaczego nie mam nóg? – zastanawiał się, a im bardziej roztrząsał i dzielił na minuty to, co w pamięci było, ogarniał go strach przed tym, co pamięć zakryła.

Z rozpamiętywania wyrwało go otwarcie drzwi i pielęgniarka, która weszła z termometrami. – No jak się czujemy? – rzuciła pytanie do nas wszystkich.

– Siostro, co ja tutaj robię? – zapytał nieśmiało Tadeusz.

- Jak to co? Przywieziono pana wczoraj z wypadku. Wpadł pan pod pociąg i obcięło panu nogi – wyjaśniła beznamiętnym głosem, rozdała termometry i wyszła.

 

Tadeusz Marczak ze szpitala wyszedł po siedmiu tygodniach i wrócił do Jasienicy, gdzie po rozwodzie mieszkał z ojcem. Nie układało się im jednak. Ojciec był zły, że Tadek zwalił mu się na kark, że nie pracował, że popijał, a syn z kolei miał żal do ojca, że miast go wspierać, traktuje niczym intruza i zło konieczne. Żyli zatem obok i każdy chodził własnymi ścieżkami. Po wypadku, gdy wrócił ze szpitala, ojciec nie wyraził współczucia, którego Tadeusz oczekiwał, a tylko poradził mu, by się jakoś pozbierał. Cóż, dostał rentę i z opieki społecznej wózek. Nauczył się więc poruszać nim i pokonywać stopnie, głównie do baru. Zresztą zawsze znalazł się ktoś, kto pomógł mu do niego wjechać, bo kumple lubili Tadka, głównie z powodu kasy, którą rozmieniał na pełne kufle, czy kieliszki. Tak minął rok, później drugi i pewnie by minęły kolejne lata, gdyby panie z opieki nie załatwiły mu miejsca w Domu Opieki Społecznej koło Wyszkowa. Za trzy czwarte renty miał tam wikt i opierunek. Resztę wydawał na fajki i alkohol, bo, niestety, tego wyrzec się nie potrafił, tym bardziej, że nie miał nóg, a tym samym celu życia, jak wtedy myślał.

Kiedyś, gdy Tadeusz z kumplami przepijał część swojej inwalidzkiej renty, do stolika podszedł dużo mocniej podpity jegomość i zaczął się czepiać. A to, że taki kadłubek, a to, że panoszy się głośno gadając. Niewiele myśląc Tadeusz ułapił jegomościa w swoje wyrobione od napędzania wózka ręce i zaczął bić. Najpierw pięściami, po chwili butelką. Byłby zabił, gdyby nie obsługa baru i wezwani policjanci. Jegomościa karetka odwiozła do szpitala, gdzie pozszywano mu głowę i stwierdzono wstrząśnienie mózgu. Była sprawa w sądzie i wysoka grzywna, którą sąd zamienił na rok odsiadki, bo Tadeusz był goły, jak święty turecki.

Kryminał nie zmienił Tadeusza. Po wyjściu dalej przepijał to, co zostawało mu z renty, a na domiar złego stał się bardziej zaczepny i jakby ważniejszy, bo siedział, znał grypserę i miał kumpli zabijaków. To sprawiło, że w niedługim czasie po wyjściu z więzienia Tadeusz znów wdał się po pijaku w jakąś burdę i ponownie poszedł siedzieć. W międzyczasie DPS wymeldował rozrabiakę i niewielki jego dobytek wystawił za drzwi, ale Tadeusz nie zgłosił się nawet po te marne rzeczy, gdy wypisano go po roku odsiadki. Poszedł w świat, czyli tułał się to tu, to tam. Spał na dworcach, w przytuliskach, a latem w lesie albo w opuszczonych domach. W końcu trafił do ośrodka dla bezdomnych w Różnowicach koło Poznania. Za połowę renty miał dach nad głową i trzy posiłki, w tym jeden gorący. Inni, nie mając kasy, musieli pracować i płacić za jedzenie. Po miesiącach tułaczki, czuł się tu dobrze, a nawet komfortowo. Tyle tylko, że nie mógł pić, bo było to absolutnie zakazane, pod groźbą wydalenia z ośrodka. Uciążliwość tę znosił prawie rok. Kiedy pękł i nachlał się, wylądował na bruku. Wędrował więc, kulając się sfatygowanym wózkiem i unikał policji, jak ognia. Kiedyś pofolgował sobie i spał dłużej w opuszczonej szopie, niż nakazywało poczucie własnego bezpieczeństwa, co sprawiło, że dorwali go policjanci i za sprawą opieki społecznej znalazł się w Domu Pomocy Społecznej w Czarnej koło Unina. Poczuł się tu dobrze i przede wszystkim bezpiecznie. Nie chwytał więc za kieliszek. Pilnował się i odmawiał, gdy inni częstowali. Okrzepł w sobie i nawet stał się miły i uprzejmy dla personelu. Przestał też użalać się na swój inwalidzki los, choć nie pogodził się do końca z kalectwem, które ograniczało go i nie pozwalało przeć do przodu.

Któregoś sennego, bo podobnego do wczorajszego dnia, w świetlicy pojawił się trener z klubu sportowego. Szukał chętnych do sekcji szermierki. Tadeusz nie zastanawiając się długo zgłosił się na ochotnika i trener go przyjął. Ta chwila, choć wtedy tego nie wiedział, zaważyła na dalszym jego losie, sprawiła, że Tadeusz dostrzegł cel i sens życia. Nudę i rozpamiętywanie zastąpiły wyjazdy na treningi. Poznał nowych kolegów, którym, równie dotkniętym przez los, nie w głowie był browar, czy zalanie się wódą, a doskonalenie formy i starty w zawodach. Poza szermierką Tadeusz zaczął też trenować podnoszenie ciężarów. Szło mu nieźle tak w jednej, jak i drugiej dyscyplinie. Startował nawet dwa razy w zawodach. Był dumny i przekonany, że może podbić świat, bo pierwszy raz nie czuł się inwalidą, osobą odrzuconą i niepełnosprawną.

Znów, po osiemnastu latach bycia nikim, stał się Tadeuszem Marczakiem. Takim, jak 23 lata wstecz, gdy w czarnym garniturze i białej koszuli stawał do ślubu i był panem młodym na weselu i potem na poprawinach. Śpiewano "gorzko", a stare kobiety szeptały, że Jadzi trafił się taki przystojny i robotny chłopak. Po ślubie zamieszkał z żoną u jej rodziców. Teść, gdy goście weselni się rozjechali, kobiety posprzątały obejście i kiedy do geesu oddano butelki po piwie i wódce, bo wzięte były w komis, zapędził go w pole. On, chłopak spod Tłuszcza, rzucił się na robotę, jak dziki. Orka, koszenie i wszystkie inne prace rolnicze paliły mu się w garściach. Nie oszczędzał sił, tyle tylko, że teść oszczędzał swojego syna i pozwalał mu spać, gdy oni szli pracować. Początkowo nic sobie z tego nie robił. Żona była brzemienna, a on bardzo chciał być ojcem, bo jego rodzony, gdy zmarła matka, nie zajmował się nim, a wręcz nakłaniał, by się wyniósł z domu. Tyrał więc za siebie, brzemienną żonę i szwagra wałkonia. Niczym nagrodę odebrał fakt, że urodził mu się syn i wszyscy twierdzili, że podobny jest do ojca. Czuł się dumny i do pracy w polu chodził z jeszcze większym zapałem, choć szwagier w tym czasie wylegiwał się, albo wałęsał po wsi.

Po jakimś czasie żona znów była przy nadziei, a on szczęśliwy, choć zatargi ze szwagrem i teściem stawały się coraz częstsze. Miał we wsi kolegów, więc kiedy go nerwy ponosiły, szedł z nimi na wódkę, a rano z bolącą głową, mimo pokrzykiwań teścia, długo przewalał się po pościeli, nim zrobił obrządek i wybrał się w pole. Niestety takich kacowych poranków było coraz więcej. Buntowała się przeciw temu żona, nie mówiąc o teściowej i teściu. Tylko szwagier nic sobie z tego nie robił, licząc, że w końcu ojciec się opamięta i przybłędę golasa wygna z domu. I tak się stało. Teść, któregoś dnia orzekł, że pijaka nie będzie tolerował i kazał się wynosić. Żona słuchała, ale nie postawiła się ojcu. Została. Tadeusz jak stał wyszedł z domu teścia i wrócił pod Tłuszcz do domu swego ojca, który nie był z tego zadowolony.

 

Któregoś dnia wychodząc z redakcji na parking dojrzałem faceta na elektrycznym wózku inwalidzkim. Niby nic szczególnego, ale uwagę moją przykuła twarz tego człowieka. Malowała się na niej radość i spełnienie. Podobnie jak u osób, które poprzez zdobyte doświadczenie posiedli mądrość, a tym samym dystans do spraw błahych, więc nijakich. Mimo, że naczelny wysłał mnie pilnie na jakiś materiał do numeru "Linii", podszedłem do uradowanego człowieka i z reporterskiej ciekawości zagadnąłem, czy od dziecka porusza się na wózku.

- Od przeszło dwudziestu lat, więc przywykłem – odparł, a uśmiech z jego twarzy nie zniknął.

- Czy odczuwa pan bariery? – dopytywałem z dziennikarskiej ciekawości, czując podświadomie, że facet może mieć coś ciekawego do opowiedzenia.

- Żadnych! – odparł krótko, a mnie zatkało, co rzadko się zdarza.

- Jak to żadnych? – dziwiłem się.

- Człowiek jest niepełnosprawny, gdy tak się czuje, a ja żyję pełną gębą i czerpię z niego tyle, że niejeden by mógł pozazdrościć – odparł człowiek na wózku, a ja stałem jak wryty i pamiętam, że coś tam jąkałem.

- Wróciłem właśnie z żagli, a za dwa dni mam egzamin na prawo jazdy – kontynuował, a uśmiech nie znikał z jego twarzy. Spytałem czy chce pogadać o swoim życiu. Zgodził się. Wyciągnąłem dyktafon i zamieniłem się w słuch. Pan Tadeusz zaczął opowiadać..

- Do Otwocka, do DPS-u przy ul. Konopnickiej, trafiłem z Czernej koło Unina za sprawą miłej socjalnej, która to miejsce dla mnie wynalazła i załatwiła przeniesienie. Jestem tu od kwietnia 2007 roku – kończy swą opowieść. - W maju poznałem Bogdana Wiśniewskiego, który namówił mnie na wyjazd do Giżycka na żagle. Z braku zajęcia zgodziłem się. Wraz z większą grupą pływaliśmy i biwakowaliśmy. Bardzo mi się to spodobało. W czerwcu zrobiłem kurs na żeglarza jachtowego i zdobyłem patent. W tym roku pływałem już jako pełnoprawny załogant, a konkretnie mówiąc - szotowy. Brałem nawet udział w regatach i nasza załoga zajęła siódme miejsce na kilkadziesiąt startujących. I wie pan, na jachcie czuję się nie jak człowiek na wózku, a ktoś całkiem pełnosprawny. Jestem niezwykle wdzięczny losowi, że spotkałem Bogdana, bo pokazał mi, że można mieć pasję i cel życia.

- Czy żagle mogą być celem życia? – zapytałem głupkowato.

- Ależ proszę pana, ja cały rok podporządkuję dla tych dwóch tygodni na żaglach – obruszył się pan Tadeusz. - I nie mówię tego gołosłownie, bo pracując na parkingu w Kot Center, całe swoje miesięczne wynagrodzenie przelewam na konto otwockiego koła Polskiego Związku Żeglarzy Niepełnosprawnych. A kilka dni temu zdałem egzamin na prawo jazdy i wystarałem się o kilkutysięczny kredyt bankowy na zakup samochodu, by móc w wakacje pojechać do Giżycka, a nie tłuc się PKS-em. Jestem też po kursie komputerowym pierwszego stopnia i za dwa miesiące idę na drugi stopień. Bo wie pan, chcę się usamodzielnić i mimo, że mam pięćdziesiąt jeden lat, zamierzam zacząć żyć od nowa. Znajdę sobie pracę przy komputerze, by nie wystawać na deszczu i wietrze na parkingu, może poznam kobietę, z którą stworzę na nowo dom – zawiesił głos, a ja nie przerywałem, bo czułem, że chce powiedzieć coś jeszcze, coś, co dla niego jest ważne, choć trudne do wyartykułowania, Nie pomyliłem się.

- I wie pan co? Jak będę miał już samochód, którego szukam, pojadę odwiedzić swoje dzieci. Syn ma 27 lat, a córka 25. Kocham je, ale nie wiem jak przyjmą ojca, o którym mało wiedzą, choć może mają wiedzę, jednak inną, od prawdziwej.

Pan Tadeusz odjechał, bo musiał "skasować" klienta na parkingu, a ja patrzyłem za nim i długo nie mogłem oderwać nóg od ziemi, by pójść do samochodu i odjechać.